facebook

Aktualności

Zupa po węgiersku...

Przepraszam, że relacja ukazuje się dopiero teraz, ale począwszy od minionego weekendu wyścigowego moje życie nabrało niesamowitego pędu i dopiero  teraz bardzo, bardzo powoli zaczyna znów wracać do stałego rytmu.

…ale zacznijmy od początku.

            Zawsze uważałem, że lubi się głównie te tory na których jest się szybkim i się wygrywa. Na torze Pannoniaring startowałem tylko raz w 2009 roku i nie był to dla mnie udany start, tym samym nie należał do moich ulubionych, lecz ostatnia runda cyklu Alpe Adria zmieniła moje spojrzenie na ten znakomity - wymagający i techniczny obiekt.

            Jak to zazwyczaj bywa w moim przypadku piątkowe treningi nie należały do najszybszych, ale sobotnia czasówka wypadła już zdecydowanie lepiej. Osiągając swoją „życiówkę” zdobyłem drugie pole startowe do pierwszego wyścigu (w tym sezonie niektóre rundy są podwójne tzn. pierwszy wyścig jest w sobotę i startuje się do niego z pól zdobytych podczas sobotniej czasówki, natomiast do drugiego - niedzielnego wyścigu startujemy zgodnie z czasami osiągniętymi w obu treningach kwalifikacyjnych - sobotnim i niedzielnym).        Start wyszedł mi dość dobrze i po pierwszym zakręcie byłem trzeci. Stawkę prowadził miejscowy Węgier, któremu nie najlepiej poszło w kwalifikacjach i startował z odległej pozycji, ale było widać, że w wyścigu nie będzie z nim lekko. Drugi jechał zdobywca pool position Austryjak Kevin Koller. Po kilku okrążeniach wyprzedziłem Kollera i dogoniłem Węgra. Wiedziałem, że jestem szybszy od niego, ale charakterystyka toru i jego defensywna jazda mocno utrudniały mi wyprzedzenie go. Robiłem kilka „podejść” ale nieskutecznie. Kiedy wjechaliśmy na przedostatnie okrążenie byłem za nim „na centymetry” i wiedziałem, że muszę to zrobić na tym okrążeniu. Z tą myślą jechałem bardzo blisko niego, kiedy moim oczom ukazał się dublowany zawodnik mający za nic niebieskie flagi. Liderowi wyścigu udało się go minąć bez straty, a mi wyprzedzanie go przypadło w samym szczycie zakrętu, na czym straciłem około sekundę, a na czym zyskał jadący cały czas za mną Austryjak. Podczas, gdy Chorobak bezpiecznie zdążał do mety, Koller napędził się na wejściu w prostą startową i wyprzedził mnie o 0.002 s. Można się było zdenerwować, ale pomyślałem, że trzecie miejsce też jest dobre.

            W niedzielę przystąpiłem do drugiej czasówki, ale nie poprawiłem tego z poprzedniego dnia i nie zmieniło się również moje pole startowe.

            Tym razem byłem jeszcze bardziej zmotywowany co zaskutkowało doskonałym startem i wyjściem na pierwszą pozycję. Na drugim okrążeniu na prostej startowej wyprzedził mnie Chorobak.  Dotąd uważałem, że na tej prostej nie da się wyprzedzać na hamowaniu (tor jest na końcu bardzo nierówny), ale zrobiłem to podczas tego wyścigu kilkakrotnie. Niestety akurat w tym przypadku trochę za mocno opóźniłem hamowanie co zaskutkowło spadnięciem na trzecią pozycję, ale już po chwili znów byłem drugi, po dłuższej chwili pierwszy i tak dojechaliśmy do przedostatniego okrążenia, kiedy wyprzedził mnie Węgier. Moje przedramiona były tak zmęczone, że nie dałem już rady kontratakować i w tej kolejności dojechaliśmy do  mety.

            Oba wyścigi dostarczyły mi niesamowitych emocji i z obu jestem bardzo zadowolony. Smak sobotniego zepsuł trochę  dubel, ale cóż - takie są  wyścigi, natomiast wiem, że ścigając się z takimi zawodnikami, gdzie wyprzedzanie i walka są praktycznie w każdym zakręcie wiele się nauczę.

            Bardzo dziękuję zespołowi Suzuki GRANDys Duo, który był ja zawsze niezawodny i gratuluję zdobytych miejsc moim team - partnerom.

            Muszę się jeszcze pochwalić, ponieważ pęd mojego życia wynikł z tego, iż w środę 29.05. moja niezmordowana narzeczona Ewa po niemalże dziewięciu latach tułaczki w smrodzie spalin ciężarówek i motocykli, nie zniechęcona brudem pod paznokciami i smarem we włosach, nie posłuchając „otoczenia”, że można mieć przystojniejszego, inteligentniejszego, pachnącego i z samochodem, przysięgła mi miłość dozgonną, tworząc ze mnie najszczęśliwszego faceta na świecie. Chłopaki na motocyklach w drodze z kościoła na salę naprawdę dali czadu, za co im dziękuję, a dzięki mojemu przyjacielowi Sebastianowi na naszym weselu w ramach prezentu i w akcie niespodzianki dał koncert zespół Lombard. Seba - JESTEŚ WIELKI!!!!!!  Dzięki, bo spełniło się moje marzenie!

            Gdyby szczęścia było za mało zaraz po poprawinach udaliśmy się na ślub do naszego przyjaciela z padoku - Bartka Wiczyńskiego i jego pięknej wybranki Darii.  Bartku, Dario, jeszcze raz Wszystkiego Najlepszego. Mam nadzieję, że na starość wspólnie będziemy mogli zamoczyć sztuczne szczęki…  Piękny to był tydzień!

 

                                                                                                                      BUŁA #22

 

 



powrót

         
               
© Daniel Bukowski | design: Samba-AnaCom
Get Adobe Flash player