W mistrzostwach Europy znów na piątkę!

Czytaj
Opublikowany:
2018-05-13 07:30:00

Rok temu Daniel Bukowski w hiszpańskim Albacete sprawił nie lada nie niespodziankę swoim kibicom. Teraz powtórzył ten wynik.

Motocykliści walczący to tytuły najlepszych na Starym Kontynencie ponownie, jak przed rokiem, spotkali się na torze w słonecznym regionie Kastylia-La Mancha. Daniel Bukowski bardzo dobrze wspomina finał mistrzostw Europy w 2011. W swojej klasie, czyli Supersport, zajął znakomite, piąte miejsce. Nadzieje na kolejny dobry start w czempionacie Starego Kontynentu były więc spore. Jasne jednak było, że o powtórzenie kapitalnego wyniku sprzed roku w tak mocnym gronie może być ciężko.


Ciężarówka teamowa wyjechała dużo wcześniej, a reszta ekipy dotarła na tor w czwartek czwartego października, by w piątek przystąpić do treningów. Zaplanowano dwa treningi i łatwo nie było, ponieważ trzeba było przyzwyczaić się do obecności prawie czterdziestu zawodników na dość krótkiej jednak nitce toru.

W sobotę rano zaczęły się treningi kwalifikacyjne, lecz Daniel nastawiał się na "zrobienie czasu" na drugi trening, kiedy to asfalt będzie już bardziej rozgrzany. Plan był dobry, ponieważ w drugiej czasówce uzyskał swoją "życiówkę" i awansował z ósmej pozycji na czwartą, co dało mu najlepszą pozycję drugiego rzędu (w wielkim finale na starcie ustawia się po trzech zawodników w rzędzie, tak jak np. w MotoGP) i zaostrzyło apetyty zespołu na dobry wynik w wyścigu.

Podczas niedzielnej rozgrzewki było jeszcze bardzo chłodno, więc nie było możliwości przetestowania opon wyścigowych, dlatego team miał duży dylemat co do wyboru najlepszej mieszanki. W końcu podjęto decyzję, po czym nastąpiła chwila wytchnienia w oczekiwaniu na najważniejszy wyścig sezonu.

Nadeszła "godzina zero" i zawodnicy ustawili się na starcie. Atmosfera na trybunach była naprawdę serdeczna. Hiszpańscy kibice gorąco dopingowali całą stawkę. Prosta startowa wypełniona była niespełna czterdziestoma zawodnikami. Wydawało się, że ciągnie się w nieskończoność.

Zgasły czerwone światła i wyścig ruszył. "Buła" wystartował dość dobrze, ale czołówka od samego początku nadała naprawdę wysokie tempo, którego Daniel nie był w stanie utrzymać. Bardzo problematyczne dla niego były zwłaszcza wyjścia z zakrętów, gdyż opona nie dawała wystarczającej przyczepności, aby motocykl mógł efektywnie przyspieszać. Bukowski jednak miał nadzieję, że opona dogrzeje się na kolejnych okrążeniach i przyczepność poprawi się, ale tak się niestety nie stało. Większą część wyścigu jechał za zwycięzcą niemieckiego R6 Cup, nie mogąc go wyprzedzić. Daniel nie był w stanie wyprzedzić rywala na prostej startowej, natomiast w pozostałych częściach toru Fin blokował go, na czym skorzystał jadący za tą dwójką Czech Prasek.

Linię mety Daniel Bukowski przeciął na siódmej pozycji. Po wyścigu większość motocykli z pierwszej piętnastki trafiła do inspekcji technicznej, w wyniku której za niedozwolone przeróbki zdyskwalifikowano dwóch zawodników i tym samym "Buła" awansował na piątą pozycję, powtarzając wynik z zeszłego roku .

Daniel Bukowski:

- Bardzo nie lubię terminu koniec sezonu. Zawsze jeżdżę motocyklem kiedy to tylko możliwe, czyli dopóki lodu i śniegu nie ma na drodze, a poligon i tor crossowy nie zostaną skute zmarzniętymi koleinami i ogromnymi taflami zamarzniętych kałuż. Jeśli mogę wymienić wady uprawianego przeze mnie sportu, to największą jest właśnie to, że jest on uzależniony od warunków pogodowych, a właściwie temperaturowych oraz obiektowych i organizacyjnych (treningi na torze asfaltowym wymagają zabezpieczenia medycznego, wirażowych i innych uniemożliwiających jazdę, ot tak, kiedy się tylko chce), dlatego każda możliwość jazdy po torze po zakończeniu sezonu jest dla mnie jak wiadomość o trafieniu szóstki w totka (co prawda nigdy nie trafiłem, ale podejrzewam, że czułbym się podobnie). Na szczęście dzięki staraniom naszego menedżera-trenera Jacka w tym sezonie mogłem znów poczuć piękne uczucie przedłużenia sezonu wyścigowego za sprawą wyjazdu do Hiszpanii na finał mistrzostw Europy. Co do samego wyniku z Albacete to czuję mały niedosyt, ponieważ trzeci, czwarty zawodnik i ja wpadliśmy na metę w przedziale 2,3 sek. i aż boję się pomyśleć "co by było, gdyby". Po wyścigu okazało się, że producent opon na wyścig miał przygotowaną specjalną mieszankę, o czym "zapomniano" nam powiedzieć, a z której to mieszanki korzystali zawodnicy, którzy dojechali przede mną. Mimo wszystko wyjazd uważam za bardzo udany, ponieważ pozycję w Europie obroniłem, a przy tym byłem najlepszym polskim zawodnikiem, na czym bardzo mi zależało. Teraz chyba naprawdę już na dłuższy czas muszę się pożegnać z wyścigami na asfalcie. Sezon 2012 był dla mnie wyjątkowo trudny, bo najeżony kontuzjami, ale w sumie wynik końcowy jest ponad to czego się spodziewałem: na pięć wyścigów mistrzostw Polski, w których wystartowałem, cztery wygrałem, a w jednym byłem trzeci, udało mi się przy tym zdobyć II-wicemistrza Polski, a na sam koniec ponadto obroniłem piąte miejsce w Europie. Uważam, że to niezły wynik jak na tyle przygód w jednym roku.